Usposobienie Chrystusowe – Waldemar Sardaczuk

(Fil. 2, 1-11) Wiem, że przemawiam do kaznodziejów, ewangelistów i pastorów. Chciałbym więc zapytać, co najchętniej czyniłbyś w Królestwie Bożym? Jestem przekonany, że jest wielu pośród was, którzy chcieliby być uzdrowicielami, ewangelistami prowadzącymi służbę uzdrowieńczą. Chcieliby oni jeździć od miasta do miasta i w każdym z nich uzdrawiać tysiące ludzi.

Z kolei inni pragnęliby być prorokami, którzy — gdy tylko zgromadzą się ludzie — mówiliby im o wszystkich ukrytych grzechach, o plotkowaniu, o każdym grzechu. Zapewne zbór, w którym byłby ów prorok jaśniałby blaskiem świętości. Inni znowu chcieliby mieć słowo mądrości, pragnęliby być dobrymi nauczycielami, którzy wyprowadzą ludzi z błędnego myślenia i postępowania. Są to dobre pragnienia, bo istnieją wspaniałe Boże obietnice. Biblia mówi, że powinniśmy dążyć do osiągnięcia najlepszych darów. Nie wiem tylko, jakie to są te najlepsze dary. Uważam bowiem, że każdy duchowy dar jest tym jedynym, najlepszym w zależności od okoliczności. Powiedzmy, że ktoś ma dar uzdrawiania. Przychodzi do jakiegoś zboru i mówi o tym, a w odpowiedzi słyszy, że wszyscy są zdrowi, że nie mają kłopotów ze zdrowiem. Ale — dodają — mamy inny problem. Nie wiemy, jak postąpić w tej naszej tak trudnej sytuacji. Daj nam radę, powiedz słowo mądrości? Nie może jednak spełnić ich prośby, ponieważ ma tylko dar uzdrawiania. I staje się wówczas taki malutki.

Ktoś z kolei ma dar mądrości. Przybywa do społeczności, mówi o swoim darze, a w odpowiedzi słyszy, że ten dar nie jest potrzebny, ponieważ połowa z nich jest chora, cierpi, i proszą, by modlił się nad chorymi. W tej sytuacji dar słowa mądrości traci swoją pierwotną wartość, staje się mało użyteczny. Nie ma daru największego, ale każdy powinien się modlić, aby zostało mu objawione, co ma czynić w Królestwie Bożym. Gdy Bóg nam to objawi, to wówczas cieszyć się będziemy z każdego innego sługi, który otrzymał od Pana inny dar.

Nie ma człowieka, który miałby wszystko. To, co czynimy jest tylko małą częścią całości. Dlatego też apostoł Paweł napomina. ,,Niechaj każdy baczy nie tylko na to, co jego, lecz i na to, co cudze”. Patrz nie tylko na samego siebie, ale i na drugiego. Poważaj go, a wówczas będziesz tworzyć, żyć we właściwej społeczności, Są różne dary, różne posługiwania. Dlatego Biblia zapytuje, czy wszyscy są prorokami, czy wszyscy czynią cuda, czy wszyscy są nauczycielami? Jest wręcz odwrotnie. Biblia mówi o tym, że nie wszyscy mają być nauczycielami. Czy wszyscy są biskupami, czy wszyscy są starszymi? Nie! O tym często zapominamy i dlatego troszczymy się o sprawy, które do nas nie należą. Zazdrościmy innym ludziom, chcielibyśmy to czynić, co oni, ale nie potrafimy. A gdy nie potrafimy, wtedy źle mówimy o tym, kto potrafi. Chcielibyśmy mieć dobry zbór, a gdy w sąsiednim jest przebudzenie, to nie umiemy się cieszyć, uwielbiać za to Boga. Chętnie mówimy, że pojawia się w tym zborze dużo ludzi tylko dlatego, że oni idą na kompromisy. U nich nie ma ,,pełnej Ewangelii”, bo gdyby była, to na pewno byłoby mniej ludzi! Dlaczego się nie cieszysz, dlaczego nie chwalisz Pana, ponieważ jest to Jego dzieło i idzie o Boże Królestwo. Gdy budowane jest Królestwo Boże, powinniśmy się cieszyć, chociaż nie wszystko jest zgodne z naszym widzeniem. Pozostawmy to Bogu. On czyni najlepiej, a my troszczmy się o to, co najważniejsze. Jeszcze raz powtórzę! Nie każdy jest nauczycielem, nie każdy jest apostołem, nie każdy prorokiem, nie każdy czyni cuda, ale każdy powinien mieć usposobienie, jakie było w Chrystusie Jezusie. Wyobraźmy sobie, że troszczyliśmy się o naukę Chrystusową, z powodu nauki rozstaliśmy się z wieloma, ale jest to tylko pewna część naszej pracy. Przede wszystkim powinniśmy się troszczyć o to, aby mieć usposobienie Chrystusowe. Pytam się, czy czasami nie za bardzo troszczymy się o potężne działanie Chrystusa, o znaki i cuda, o uzdrowienie? Wszystkie działania Ducha Świętego są bardzo ważne, ale idzie o to, ażeby nie zabiegać o te widzialne działania, ale ubiegać się o usposobienie Chrystusowe. Czy nie jest smutnym faktem, że czasami słyszymy o wielkich znakach towarzyszących kaznodziejom, a wkrótce okazuje się że wpadli w grzech albo wplątali się w inne nie mające nic wspólnego z Królestwem Bożym sprawy? Wtedy Królestwo ma więcej z tego szkody aniżeli pożytku,

Idzie o to, aby każdy pastor, ewangelista, starszy zboru, nauczyciel Szkółki Niedzielnej, dyrygent, każdy chrześcijanin miał usposobienie Chrystusa. Nie smuć się, że nie jesteś prorokiem, smuć się z tego powodu, iż nie ma w tobie cech Chrystusa. A gdy jesteś prorokiem, a nie masz usposobienia Chrystusowego, to wiedz, że brakuje tobie tego, co jest najistotniejsze. Mamy mieć usposobienie, jakie było w Chrystusie Jezusie!

Powstaje więc pytanie, a mianowicie, jakie są charakterystyczne cechy Jego usposobienia?

Na wstępie zauważmy, że Jezus potrafił zrezygnować ze swoich przywilejów. On był Bogiem, był u Ojca w wiecznej światłości. Aniołowie Mu usługiwali. Miał On bardzo dużo. Jezus objawia swój charakter przez to, że potrafi rezygnować. Rezygnuje ze swoich przywilejów, bo wie, że Ojciec miłuje wszystkich ludzi. Świat znajduje się w grzechu, ludzie są zgubieni, a skoro Bóg jest miłością — to musi być stworzona możliwość zbawienia. Jezus powiada. ,,Ojcze, pójdę do ludzi, rezygnuję ze swojej pozycji, chcę być wśród ludzi. Muszę stać się człowiekiem, muszę niejako przestać być Bogiem”. Czy czasami nie jesteśmy ludźmi, którzy na wszystkich patrzą z góry, którzy czekają, aby do nich przyszedł zły świat i padł na kolana. A my, gdy będziemy mieli dobry humor, zechcemy ze złymi ludźmi rozmawiać i jeśli zdecydują się na pokutę, to zobaczymy. Nie trzeba czekać aż przyjdą, trzeba z nimi rozmawiać, trzeba do nich pójść. Jezus przyszedł z nieba, umiał rezygnować, to jest cecha Jego charakteru. Mamy nasze biura, mamy naszych ludzi, którzy mają wykonywać te prace. A co czynił Jezus? On przyszedł z nieba, On opuścił swoje ,,biuro”, On nie posłał swoich podwładnych — Gabriela, Michała czy innych aniołów — i nie rozkazał im, aby zbawili świat. Jezus zrezygnował ze swoich praw, On przyszedł do nas! A uczynił to nie dlatego, że byliśmy Jego przyjaciółmi i w modlitwie czekaliśmy na Jego przyjście. Byliśmy Jego nieprzyjaciółmi. On przyszedł do nas! On zrezygnował ze swoich przywilejów. Jezus chce nam powiedzieć, że mamy rezygnować z naszych przywilejów, z naszych praw, aby ratować ginących ludzi. Taki jest charakter Jezusa.

Właściwie to miał apostoł Paweł na myśli, gdy apelował, abyśmy byli jednomyślni. Z powodu braku tej cechy wielu się sprzecza. Wszyscy chcą jedności, ale pojawiają się problemy, gdy chcemy ustalić, o jaką jedność chodzi. Czy o jedność, o której mówi pastor, czy o tę, o której rozprawiają starsi zboru, albo o jedność, o której z żalem w sercu mówi założyciel zboru? Trzy różne mniemania. I w takiej sytuacji może być prowadzona ,,święta wojna”.

Każdy niech będzie takiej myśli, jaka była w Chrystusie Jezusie. Wiecie, czego powinniśmy się nauczyć? Nie powinniśmy być takimi, jak ktoś drugi, ale takimi, jak Jezus Chrystus. I gdy to pragnienie wszystkich ogarnie, wówczas łatwo będzie o jedność, ponieważ będziemy wiedzieli, że wszyscy, którzy nas otaczają modlą się i pracują nad sobą, by być podobnymi do Mistrza. I jak długo mam to pragnienie, będę w jedności z moim bratem. Nie muszę więc biegnąć za jakimś człowiekiem, nie muszę go naśladować, ale mam stabilny wzorzec, którym jest Jezus Chrystus. Powtórzmy, gdy Jezus zrezygnował ze swoich przywilejów, zaczęto się dzieło zbawienia dla świata. On przyszedł do nas! Jezus był zawsze tym, który szedł. Jezus nigdy nie budował jakiegoś centrum. On zawsze szedł.

Co byście powiedzieli, gdyby Jezus nad jeziorem Genezaret założył centrum? Nigdy nie miałby trudności, kłopotów z przyjmowania gości, wszyscy by do Niego przychodzili. Chętnie chcemy tworzyć takie ośrodki, do których powinni przychodzić ludzie. Jezus czynił inaczej. On szedł do ludzi. Jezus przeszedł setki kilometrów pieszo. Czynił to nie z myślą o setkach tysięcy ludzi. Szedł sto kilometrów, aby spotkać się z jednym człowiekiem. Z powodu Zacheusza Jezus przyszedł z Nazaretu do Jerycha, bo chciał go doprowadzić do Królestwa Bożego. Taki był charakter, takie było usposobienie Jezusa Chrystusa.

Chciałbym więc zapytać siebie i was, kiedy ostatnio poszliśmy do domu grzesznika, aby go przyprowadzić do Chrystusa? On szedł do celników, wyszedł na spotkanie by rozmawiać z prostytutką, szedł do wszystkich grzeszników, z którymi ludzie nie chcieli mieć nic wspólnego. On szedł! W Ewangelii Jana czytamy. ,,Nie wyście mnie wybrali, ale Ja was wybrałem, i przeznaczyłem was, abyście szli i owoc wydawali, i aby owoc wasz był trwały” (15,16).

Dalej czytamy o Chrystusie, że On się upokorzył, uniżył. Uniżenie było cechą Zbawiciela. Nie tylko zrezygnował ze swoich praw, ale jeszcze się uniżył. Wszystkie nasze problemy mają swój początek w tym, że nie potrafimy się uniżyć. Tak bardzo jesteśmy przywiązani do swoich praw. Często powiadamy, że jeśli nie będziemy walczyli o nasze prawa, to wtedy zwycięży nieprawość, a przecież tego nie chcemy. Jezus zrezygnował ze swego prawa, ponieważ ono pozostaje i wtedy, gdy z niego rezygnujemy. Prawo pozostaje prawem. Nie muszę walczyć o moje prawo, ponieważ prawo samo troszczy się, samo walczy o siebie. Światło ma to do siebie, że świeci, że przedziera się przez ciemności. Muszę powiedzieć na marginesie, że cieszę się, iż żyję w tym okresie, w którym jest tyle różnorodnego bałaganu, chaosu. Czy wiecie, co on mi wskazuje? Mówi mi, że ludzie będą przychodzili do światła Ewangelii, że będą szukać światła, ponieważ dotychczasowe światła pogasły. Nie martw się o swoje prawa, ale bądź gotowy z nich zrezygnować.

Dlaczego odczuwamy brak pracowników w Królestwie Bożym? Ponieważ ludzie nie chcą zrezygnować ze swoich przywilejów. Bądź gotowy zrezygnować ze swoich przywilejów. Jezus właśnie tak rozpoczął to wspaniałe dzieło. Jest to duchowe prawo. Nikt nie może budować Królestwa Bożego, jeśli wcześniej nie zrezygnuje ze swoich praw, przywilejów. Niech inni zarabiają pieniądze, niech inni wyjeżdżają na urlopy do sławnych na świecie kurortów, ale ty troszcz się o sprawy Królestwa Bożego. Mogą się z ciebie śmiać, wydawać niepochlebne opinie, ale bądź gotowy budować Królestwo Boże — poprzez rezygnację ze swoich przywilejów.

Zacząłem już właściwie mówić o uniżeniu. Co właściwie znaczy to słowo? Ono nie znaczy „być strąconym”, ale „ugiąć się samemu”. W naszym kraju, gdy zbliża się okres urlopowy wielu wyjeżdża nad morze. Wszyscy chcą jechać szybko doskonałymi autostradami. Tak dużo jest chętnych, że czasami trzeba stracić kilka godzin w oczekiwaniu na wjazd na autostradę. Szybko, szybko! Niektórzy jednak biorą mapę i jadą innymi, mniej szybkimi i wygodnymi drogami, które są zazwyczaj niżej usytuowane. A skutek? Chociaż jechali dłuższą trasą, to jednak wcześniej dotarli do celu, ponieważ nie stracili czasu na wjazd na autostradę. Gdy jest wielu chętnych, wtedy rozsądniej jest wybrać inną drogę. Czy wiecie, co chcę powiedzieć przez ten przykład? Jest wielu którzy w szybkim tempie chcą dostać się ,,na górę”. Chcą być pastorami, starszymi zboru, prezesami. Wszyscy jak najszybciej pragną być na górze i wówczas jedna głowa może się zderzyć z drugą. Ale jest inna bardziej bezpieczna droga. Prowadzi ona niżej; nie ma tam wypadków, jest mało chętnych, którzy się po niej poruszają. Na tej drodze trzeba się zniżyć, schylić. Tak uczynił Jezus! On uniżył samego siebie, przyjął postać sługi, niewolnika. Jezus przyszedł, aby służyć. Był razem z Bartymeuszem, żebrakiem, któremu chciał pomóc. Jezus zawsze czymś służył. Nie był zainteresowany, aby coś otrzymać, ale zawsze dążył do dawania. Jezus żył dla ludzi! Czy żyjemy dla drugiego, dla bliźnich? Jeszcze raz powtarzani. Jezus się uniżył!

Wrócę na moment do Bartymeusza. Nie umyty, cuchnący, żył z tego, co ludzie rzucili mu do czapki. Tysiące ludzi szło za Jezusem — prominenci, duchowieństwo — a tu niespodziewanie krzyczy jeden człowiek: „Jezusie, Synu Dawidowy, zmiłuj się nade mną!” Jezus się zatrzymuje, przychodzi do żebraka, rozmawia, pomaga mu. Takie było usposobienie Chrystusa!

Czytamy także o Jezusie, że był posłuszny aż do krzyża, to znaczy do śmierci krzyżowej. Krzyż – to również symbol tego, co przeciwstawia się nam, co staje w poprzek naszej drogi. Czy znasz swój Krzyż? Czy są rzeczy w twoim życiu, których nie znosisz, które nie odpowiadają twojej osobowości, które są przeciwne tobie samemu, twojej rodzinie? Jezus wiedział, że Krzyż jest przypisany do Jego życia. Był gotowy zaakceptować Krzyż, nie chciał obejść go, nie prosił o usunięcie Krzyża. Jezus uczy nas, że mamy wziąć nasz Krzyż, jeśli pragniemy iść za nim. Chrońmy się przed błędną nauką, która powiada, że musisz tylko właściwie wierzyć, a wtedy na zawsze będziesz zbawiony. Będziesz miał pieniądze, najlepszy samochód, będziesz zawsze zdrowy, życie będzie bez problemów. To nie tak! Ci, którzy byli w bliskiej społeczności z Bogiem — tak jak np. apostoł Paweł — przyjmowali na siebie Krzyż, Krzyż prześladowania, cierpienia. Akceptacji cierpienia trzeba się uczyć.

W Liście do Hebrajczyków czytamy że Pan Jezus przez cierpienie nauczył się posłuszeństwa. Syn Boży uczył się posłuszeństwa! On był taki! Jego posłuszeństwo polegało na akceptacji całkowitej, absolutnej zależności od Ojca. W Jego życiu był moment, w którym mógł inaczej budować Królestwo Boże. Gdy był ukrzyżowany, ludzie dali Mu inną propozycję, chcieli bowiem, aby zszedł z Krzyża, a wówczas przyrzekli, że w Niego uwierzą. Jezus chciał, aby ludzie w Niego wierzyli. I teraz ma taką propozycję. Ale Jezus wiedział, że to jest pokuszenie. Uważam, że w życiu Jezusa nie było większego pokuszenia, aniżeli w tym momencie. To jest i nasze pokuszenie. „Zejdź z Krzyża, zejdź z Krzyża!” Pan Jezus był posłuszny aż do śmierci krzyżowej. Bóg do Niego się przyznał wówczas, gdy faryzeusze i uczeni w Piśmie leżeli w swoich łóżkach, kiedy lud był w swoich domach. Nadszedł Boży czas i Bóg wziął Go z grobu, a nie tylko z Krzyża. Znakiem po wszystkie wieki nie jest to, że On zszedł z krzyża, ale to, że Bóg wzbudził Go z martwych!

Wielu nieprzyjaciół Bożych powiedziało, że On nie żyje, że jest już koniec chrześcijaństwa. Koniec z chrześcijaństwem, Chrystus przybity został do Krzyża! Ale Bóg wzbudził Go z martwych. Była pewna uroczystość, w trakcie której trzymano transparenty podkreślające 25-lecie pewnej instytucji. Wszyscy byli bardzo dumni z tego faktu. Pewien chrześcijanin przyniósł ze sobą transparent, na którym napisał: „2000 lat Kościoła Chrystusowego”. Czy to nie wspaniałe? Taka jest nasza przeszłość. To jest droga Krzyża, droga uniżenia. Powinniśmy służyć wszystkim, czym możemy. Niektórzy nazwą nas głupcami. Nic nie szkodzi! Tak chętnie dzisiaj opowiadamy o Dawidzie Wilkersonie. Ale on był uważany za głupca i to przez wielu chrześcijan. Czy jesteśmy gotowi do posłuszeństwa aż do Krzyża? To jest droga do przebudzenia duchowego w każdym kraju.

Znam chrześcijankę z pewnego azjatyckiego kraju. Pracowała ona wśród studentów i przez jej świadectwo nawróciło się wielu ludzi. Pewnego dnia została aresztowana, wytyczono jej proces i skazano na dożywotnią pracę, w kamieniołomach. Coś okropnego — trudno to sobie wyobrazić. Przez cały czas nie zdejmowano jej kajdan, cały czas była skrępowana. Pracowała w kajdanach przez dwadzieścia lat aż kajdany zarosły ciałem. Ta chrześcijanka powiedziała, że to nie było najgorsze. Najstraszniejsze było to, że zabroniono jej mówić. Przychodzili do niej inni współwięźniowie i pytali, kim ona jest, że nawet zakazano jej mówić. Nie mogła odpowiadać i to było najgorsze. Ci ludzie byli pozbawieni nadziei, a jej nie wolno było mówić. Wtedy palcem nogi napisała na piasku „Jezus” i ludzie się nawracali, ponieważ wiedzieli, że ta niewiasta ma szczególną wartość w swoim życiu. Ona pozostała na Krzyżu! Nie zdradziła, nie poszła na kompromis. Bóg przyniósł przez nią wiele błogosławieństwa. Potem została zwolniona. Pewien przyjaciel odwiedził ją i po wysłuchaniu tej historii zdjął zegarek i chciał w ten sposób wyrazić miłość do tej męczennicy Bożej, ale ona powiedziała, że nie potrzebuje takiego prezentu. Jeszcze raz otworzył swoją teczkę i wyciągnął Biblię w jej języku. Ona wzięła Biblię, łzy popłynęły po jej policzkach i modląc się zaczęła mówić: ,,O Boże, jaki jesteś dobry dla mnie, że przeżywam taki cud, że w moich rękach mogę trzymać Biblię, że dostałam, że podarowano mi Biblię. O Boże, jak dobrotliwy jesteś dla mnie.”

Następnie otworzyła List do Rzymian i zaczęła, patrząc na Słowo, z pamięci recytować: „Cóż nas odłączy od miłości Chrystusowej? Czy utrapienie, czy ucisk, czy prześladowanie, czy głód, czy nagość, czy niebezpieczeństwo, czy miecz?” Ona to mówiła na podstawie osobistego doświadczenia, bo rzeczywiście nic nie mogło jej odłączyć od Zbawiciela.

Taka jest nasza przeszłość i taka jest nasza teraźniejszość. Chciejmy poświęcić się Bogu na nowo. Módlmy się, aby w każdym z nas było takie usposobienie, jakie było w Chrystusie Jezusie.

Waldemar Sardaczuk

Kazanie zostało wygłoszone na kwietniowej konferencji teologicznej w Gliwicach. Tłumaczył Marek Wółkiewicz. Tekst z taśmy magnetofonowej spisał Krzysztof Chmielewski, a opracował Saturnin Lotta (red.).

Użyte za zgodą red. Czas. „Chrześcijanin” (10/1983)

Zobacz również

przemoc

Dla chrześcijanek prześladowanie ma formę gwałtu

Na całym świecie wierzące kobiety cierpią z powodu przemocy seksualnej, przymusowych małżeństw, przymusowych aborcji, zakazów …